395px

Soneto XXXIII

Stanisław Sojka

Sonet XXXIII

Wiele wspaniałych poranków widziałem,
Pieszczących góry swym monarszym okiem,
Licem złocistym łąki całowało,
Nieba alchemią złociło potoki.

Lecz wkrótce niskim chmurom już nie wzbrania
Niebiańskie lico przesłonić plugawie
I świat porzuca, oblicze zasłania,
Mknie niewidzialne na zachód w niesławie.

Tak wczesnym rankiem me słońce świeciło
Nad głową moją tryumfalnym blaskiem;
Lecz, biada! Moim przez godzinę było,

Później przede mną skryło się w chmur maskę.
Cóż, słońcem ziemskim gardzić się nie godzi,
Gdy zaszło: tamto w niebie też zachodzi.

Soneto XXXIII

Vi muitos manhãs esplêndidos,
Acariciando as montanhas com seu olhar real,
Com o rosto dourado, a luz envolvia,
Os rios dourados da alquimia do céu.

Mas logo as nuvens baixas já não impedem
O rosto celestial de se cobrir de forma imunda
E o mundo abandona, o semblante encobre,
Corre invisível para o oeste na tempestade.

Assim, de manhã cedo, meu sol brilhava
Sobre minha cabeça com um brilho triunfante;
Mas, ai! Por uma hora foi meu,

Depois, diante de mim, se escondeu sob a máscara das nuvens.
Que pena, não se deve desprezar o sol da terra,
Quando se pôs: aquele no céu também se esconde.